Może poezja, pióropusz nadziei i zwiewnej ułudy, to fałszywe terytorium? Coś jak bezdenna otchłań, w której duch w sposób nieskrępowany może sobie polatać bez myślenia o tym, co pod stopami. Może prawdziwą przepaścią i głęboką rozpadliną jest labirynt codzienności, z którego nie ma wyjścia.
Człowiek. Wyspa samotności z oparciem w powietrzu.
26.6.12
20.6.12
110
zaglądam do kieszeni twoich oczu
z okna ufnej wyobraźni
rozpadam się w tobie
przebita jasnością
wiarę oswajam z przepaścią
łzy z bliznami otwieranych ran
rozpakowywanie samotności trwa dłużej
niż zwykle
przerywam je zapychaniem ust
kneblem złudzeń
z okna ufnej wyobraźni
rozpadam się w tobie
przebita jasnością
wiarę oswajam z przepaścią
łzy z bliznami otwieranych ran
rozpakowywanie samotności trwa dłużej
niż zwykle
przerywam je zapychaniem ust
kneblem złudzeń
18.6.12
109
Niechcący wpadłam dziś w empiku na dużego Amerykanina. Albo on na mnie. W tej samej sekundzie nastąpił mój i jego półobrót i wyjście w tym samym kierunku z dwóch różnych stron. Ja: przepraszam i jeden uśmiech, on: sorry, I'm sorry i very, very sorry, my fault, my guilt i dziesiątki uśmiechów. Możliwe jest, że jego życzliwość wobec rodzaju ludzkiego jest jego konstytucyjnym obowiązkiem. Miałam ochotę go przeprosić za to, że czuje się w obowiązku tak mnie przepraszać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
