Nie wiem, czy ta przerwa w pisaniu jest li tylko przerwą czy końcem blogowania, i tak mocno wybiórczego. Za dużo liści na drzewie życia, za mało wiary w narzędzie, jakim jest słowo.
Nie piszę, bo mi się nie chce. Nic mi się nie chce, nawet składać myśli, żeby były czytelne. I wcale nie jestem pewna, czy to tylko wpływ zimy, która zdaje się dopiero się zaczęła, a miała się już skończyć. Może popadnę w jakiś atrakcyjny nałóg, bo mieli mnie na drobno i świat i przypadkowi ludzie. A może nic nie zrobię, bo to łatwiejsze. Ktoś ma na zbyciu dzban z energią, z którego można zaczerpnąć, bo w sobie nie znajduję?
Chwilowo ratuje mnie Mr. Cook. Jego przyjaźń z gitarą smakuje jak słońce.
Przeczytajcie ją i nie płaczcie. Albo płaczcie ile wlezie. Ale pod jednym warunkiem: nie przestawajcie się uśmiechać.
Ta książka jest jak krystaliczna woda pita w upalny dzień. Niedobrze byłoby ją przegapić w natłoku codzienności i miałkich spraw.