23.12.12

192

Otworzyła książkę na chybił trafił. Światło minionego dnia wspomnieniami rozsadzało jej czaszkę. Miała nadzieję, że nastrojowa lampka zapalona u progu wieczoru ukoi jej niepokój. I ból. I kiełkującą głupotę. Nie mogła się skupić na czytanym tekście. Zamknęła oczy i po raz pierwszy od bardzo dawna zapragnęła być gdzie indziej. Byle nie tu.

16.12.12

191

Zebrać siebie, w sobie, w końcu, wszystko, co się da. Wykorzystać chorobę, leżenie w łóżku, niemoc, słabość. Nie czytać, nie myśleć, być, najlepiej spać. Nie przejmować się, że za ciasno w myślach, że nie wszystko da się zamknąć w słowach. Dopóki światło chowa się w fałdach ubrań, w zakamarkach murów, dopóty gorąc pełza po skórze zmęczenia prostując obolałe kości, wygładzając mięśnie.
I jasnym czyniąc zatroskane spojrzenie.
Ktoś odchodzi, ktoś przychodzi na świat.
Dojrzałe światło gaśnie, zapala się promyk.
Ktoś kocha szczęśliwie, ktoś wciąż marzy o miłości.
Jeden tęskni za tym, czego nigdy nie było i nie będzie. Inny pieczołowicie pielęgnuje niepamięć.
Jeden drąży w milczeniu, drugi rzuca słowa na wiatr.
A każdy chce być i odchodzić. Najlepiej jednocześnie. Każdy chce przystani i spokoju i dłonią sięga oddalonych gwiazd.
Maszerujemy w tym samym kierunku, drobnym pyłem znacząc swoje drogi. Czasami, na krótko przecinają się nasze szlaki. I wtedy widzimy wyraźniej, czujemy mocniej.
A może tylko tak nam się wydaje...
Bo, gdy następuje kolejny etap podróży, jedyną wierną towarzyszką jest zawsze Samotność.


13.12.12

190

Dziś dowiedziałam się, że przyjazna mi dusza, niezwykle dobry człowiek, na którym można było zawsze polegać, która BYŁA, zawsze uśmiechnięta, życzliwa, kochająca, współczująca, pomocna chyba każdemu, kto stanął na jej drodze, jest w stanie agonalnym. Przewijam film z jej udziałem, nasze wspólne chwile, moją wdzięczność do niej za drobiazgi, za wszystko,co wydarzyło się dzięki niej w moim życiu i było dobre, po prostu.
Płaczę.
Nie mogę tego przyjąć do wiadomości, a pogodzić się z tym jest mi potrzebne, by dalej żyć z wiarą w sens... Jakikolwiek.
Są ludzie wokół mnie, których lubię, nie lubię - dziś w obliczu mojego ogromnego smutku nie ma to dla mnie znaczenia. Są ludźmi, takimi jak ja, ze swoimi tragediami, przyjemnościami i radościami. Mają swoich bliskich, rodziny, przyjaciół. Czuję się z nimi spokrewniona, czuję z nimi wspólnotę, jednego ducha, to samo źródło, z którego pochodzimy. W swojej ludzkości jestem do nich podobna.
A przy okazji do Was wszystkich, którzy mnie czytacie.
Płaczę ze smutku, bo Ona... Płaczę ze szczęścia, bo Wy wszyscy, którzy żyjecie, myślicie, czujecie, i macie w sercu dobro.
Jestem naiwna.
Być może.
Być może to jedyna wartość, którą mam w sobie od zarania po koniec. Czymkolwiek one są: początek i koniec.

189

Właśnie tornado przebiegło przez moją głowę, a co dziwniejsze zupełnie nie zarejestrowałam jego pierwotnych symptomów. Jeszcze kręci mi się w głowie. Odtworzyłam w myślach ostatnie siedem minut i próbuję zrozumieć, w jaki sposób, przez jaki objazd, albo odjazd znalazłam się w tym właśnie punkcie. Absolutnie niemożliwym do zaakceptowania. Absurdalnym tak, że odebrało mi mowę, zatrzymało oddech i ugięło kolana.

8.12.12

188

Ktoś napisał:

Can somebody tell me why Maurice Gibb was not given more opportunity to sing lead on some of their songs?


No właśnie. Dlaczego tak rzadko było go słychać solo? 

A w ogóle to zachwycam się jego urodą. I kapeluszem.

5.12.12

187

Grudzień jakoś tak mimowolnie pcha mnie ku połamanym marzeniom z dzieciństwa, naiwności rozdawanej pełnymi garściami, nierzeczywistości zamkniętej w szklanej kuli, i ku tym nielicznym już rzeczom, które nadal rozpalają w moim sercu ogień. Wyciągam ręce ku czemuś prawdziwemu, w co wierzę, że gdzieś jest, i wcale nie jest ukryte w sztucznych uśmiechach i blichtrze nadchodzących świąt. Po prostu tęsknię za czymś autentycznym, na przeżycie kilku dni pod koniec roku z radością i zachwytem typowym dla małych dzieci. Zgodziłabym się na autentyczną sprzeczkę, byleby prowadziła do szczerego rozejmu, niż woń ukrytych pretensji zatruwających powietrze pod pozorem świątecznego rozgrzeszania i puszczania zdarzeń w niepamięć. Chętnie przystałabym na wyświechtane otomany i ściany, bez przesadnych ozdób i drogich prezentów, za to z dużą ilością gorącej herbaty i w towarzystwie osób, które kocham. A które niekoniecznie należą do mojej rodziny. W końcu chcę przestać się śmiertelnie nudzić w żelaznym objęciu oklepanych zwrotów, kiczowatych świecidełek, świątecznych piosenek w różnych tonacjach dopadających mnie z każdej strony, o każdej porze dnia i nocy, i budzących moją szczerą chęć ucieczki w Himalaje.
Nie chcę typowych świąt.

Tylko cóż z tego, że nie chcę.

4.12.12

186

Nie chcę jeszcze iść, muszę już iść. Potrzebuję snu, dużo snu. I nie mogę zamknąć oczu. Zamknięte przestaną cię widzieć. Chcę wszystkiego, nie chcę już nic. Nie ma w tym sensu. Kto szuka sensu? Nie ja. Już nie. Całe lata samotności, marzeń i tęsknoty. Potem wielka radość: coś jest moje, tylko moje, a może dla mnie.
... jednak nie.
Już tego nie ma, nie było moje, ani nawet dla mnie.
- Oddawaj - krzyczy życie - nic nie należy do ciebie. Gorzki smak, wykrzywione usta, przenikliwe zimno, przepłakane noce i dnie. Zimno, bardzo zimno, chcę umrzeć. Niech ktoś pomoże mi umrzeć...
- A teraz wstań - natrętne życie trąca mnie w ramię. - Słońce świeci. Wiosna, odwilż, sztuczne koce z siebie zrzuć, sukienkę letnią włóż. Masz taką jedną w szafie, szytą z myślą o zmarzlakach. O tobie. Szczęśliwej.
Tylko nie pytaj na jak długo.

3.12.12

185

Mikołaju, Święty Mikołaju. Przytargaj mi tę książkę pod poduszkę, podobno dobrze zakręcona:















Dziękuję.

2.12.12

185

- Wiesz jak to jest tak tęsknić?
Nie odpowiedziałam. Może dlatego, że to nie było pytanie, a rozpadlina, o którą łatwo się potknąć. Jeszcze łatwiej - skręcić nogę. A może duszę... Dlatego nie odpowiedziałam. Bo zwracał się do mnie tak, jakbym była jedynym rozmówcą na świecie, z patentem na uważne słuchanie. Bo nie wiedział, że wiele bym dała za to, by o niczym już więcej nie słyszeć.
Mogłam tylko patrzeć na niego.


1.12.12

184

Zamyślenia, jak bąbelki powietrza na wodzie giną w chwili, gdy tylko dotknę ich powierzchni. Są takie nietrwałe. Kogo za to winić? Same myśli, czy moją nieposkromioną chęć, by się do nich zbliżyć? Życie tak przyśpieszyło, że te niematerialne i skądinąd żywe twory czują się od jakiegoś czasu nieważne, zagubione, spłoszone.
Chodźcie tu do mnie, wyjdźcie spod komody, nie bójcie się, już jestem dla was. Dziś sobota. Zaraz otworzę wino, napijemy się, wy opowiecie mi, co u was słychać, a ja... Ja nie opowiem wam nic, bo przecież wszystko wiecie. Możemy skomentować minione dni wspólnie. Zaczniemy od szalonego poniedziałku albo jak wolicie - od absurdalnej środy. Wy nie będziecie się krygować, pąsowieć na wspomnienie czegoś tam, a ja nie będę wam niczego zarzucać. Żadnej złośliwości, obojętności, złej woli ani chęci odwetu za zamiatanie was przez cały tydzień pod dywan. No nie boczcie się już więcej, bo nie do twarzy wam z tą niemą skargą. I nie stójcie już jak te drewniane kołki, siadajcie na kanapie, na fotelach, na parapecie, gdzie wam wygodnie. Wyciągnijcie nogi na stół, a ręce po kieliszek wina. Ale umawiamy się: żadnych kłótni o to, która z was jest ważniejsza!
OK?